A gdyby nie było telewizji i radia, nie poddawalibyśmy się przekonaniu, że informacja (wciąż ta sama) jest najcenniejsza, nie słuchalibyśmy wiadomości co 20 minut? Nikt nie szukałby ani nie tworzyłby niekończącego się potoku wypreparowanych sensacji.
Dzień wczorajszy sprawił, że zatęskniłam za dobrą polityczną satyrą. Chyba czas na Polskie zoo bis. Ale wyobraźmy sobie, że media nie mają wstępu do Sejmu, a ta najważniejsza instytucja w państwie wydaje tygodniowe komunikaty. Czytalibyśmy, słuchalibyśmy o gotowych ustawach i projektach, o porozumieniach i trwałych konfliktach, o argumentach przemyślanych, bo zapisanych. Nie musielibyśmy w każdych wiadomościach i na każdym portalu widzieć płaczącej posłanki K, nadgorliwego pana P poszukującego pana M, który jakby przed nim uciekał ani grupy obrońców K, którzy chcą się dać rozerwać na strzępy w imię nie-wiadomo-czego. Wolałabym takie komunikaty. Mogłabym cały tydzień skupiać się na rzeczach ważnych i ciekawych, a raz w tygodniu dowiedzieć się w jakim kierunku zmierza Państwo. Politycy pozbawieni publiki przestaliby odgrywać cyrki. Media miałyby chwilę na przefiltrowanie informacji głupich i nieprawdziwych. Niestety dla osób takich jak ja nie ma wyboru. Nie ma nawet jednaj możliwości. Nie ma ani jednej gazety, ani jednej telewizji czy stacji radiowej, która pominie, lub tylko podsumuje cały ten cyrk aby skupić się następnie na tym, co ważne.
Muszę napisać to, co powtarzam od dawna - żeby było dobitniej, żeby każdy mógł to przeczytać. Uważam, że codzienne śledzenie wiadomości i emocjonowanie się nimi ma wartość dokładnie taką samą jak codzienne śledzenie serwisów plotkarskich i emocjonowanie się majtkami Paris Hilton.

