Nauka w szkole ekonomicznej staje się coraz bardziej wirtualna. Zaczynam żałować, że nie studiuję budownictwa - kiedy kupujemy dom, wiadomo, że musi on stanąć.
Dawniej gospodarka była rządzona przez dostawców, producentów - przez podaż.
Dziś gospodarką rządzi popyt - nabywcy.
Jeszcze niedawno sądzono, że nabywcy kupują dobra (przedmioty, usługi).
Teraz WIEMY [sic!], że nabywcy kupują korzyści. Czyli nie chodzi nam o to, żeby mieć Mercedesa. Chcemy móc się luksusowo przemieszczać przy jednoczesnym wzbudzaniu zazdrości sąsiadów. To całkiem logiczne!
Coraz bardziej niepokojący wydaje mi się jednak wniosek, który nasunął się niedawno mojej skołatanej nauką główce - w przypadku wielu dóbr w gruncie rzeczy nie chodzi nam o te korzyści, ale o emocje, które one wywołują! Nie przemieścimy się bez środków transportu, nie schronimy przed zimnem bez domu (na razie), ale wszystkie dobra dające nam satysfakcję, poczucie wyższości, słowem - zaspokajające nasze potrzeby intelektualne i emocjonalne - można z powodzeniem zastąpić. NIE POTRZEBUJEMY ANI PRODUKTóW, ANI KORZYśCI! W końcu ostatecznym celem każdego człowieka jest dobre samopoczucie.
Czym tu się martwić? Polecam lekturę Kongresu futurologicznego Stanisława Lema. Wikipedia zdradza co nieco treści: “Niemal wszystkie ludzkie potrzeby są w nim zaspokajane poprzez bezpośrednie oddziaływanie na mózg wszechobecnych, rozpylanych w powietrzu, substancji chemicznych. Dostępne specyfiki są tak zaawansowane, że likwidują niepożądane społecznie zachowania, są łatwo przyswajalnym nośnikiem wiedzy, albo mogą wywołać dowolną (z góry zaplanowaną) projekcję, wizję, samopoczucie lub przekonanie u osoby je przyjmującej.” (http://pl.wikipedia.org/wiki/Kongres_futurologiczny)
To (i nie tylko) jeszcze bardziej utwierdza mnie w moim odczuciu - wolę kupować produkty. Czy to już konserwatyzm?