Wybrałam się niedawno do Zachęty w Warszawie aby zobaczyć prace Zbigniewa Libery. Przybyłam, zobaczyłam i zwątpiłam.
Nie mogę traktować poważnie człowieka, który jako sztukę proponuje fotografie artykułów z Gazety Wyborczej. A nie mam nic przeciwko Wyborczej.
Ludzie, którzy w galeriach (sztuki) prezentują nadmiar własnych genitaliów, a także pomarszczone ciała swoich bliskich (w szczególności nieświadomych umierających bliskich) budzą we mnie pewną nieufność.
Libera (i nie tylko on) zagalopował się w swoich pracach. Zabrnął we własnych konceptach tak daleko, że nikt chyba (a na pewno zbyt niewielu) nie jest w stanie ich zrozumieć ani dogłębnie odczuć bez przeczytania uczonych internetowych komentarzy. (Zdziwienie i zagubienie licznych osób przewracających bezmyślnie kolejne strony przygotowanych przez niego albumów ze zdjęciami mówią same za siebie. )
Ta sztuka jako całość nie daje mi prawie żadnych nowych punktów odniesienia. Nie zdaje egzaminu.
Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie uznała kilku prac.
Na pewno wrażenie robi “Perseweracja mistyczna”. To przejmująca obserwacja bo przejmujące jest działanie bohaterki, Reginy G.
Interesujące pytania stawia z kolei praca “Jak tresuje się dziewczynki” choć zastanawia rozbieżność interpretacji Łukasza Rondudy, Izabeli Kowalczyk i samego artysty prezentowana w serwisie Culture.pl. Zastanawia w szczególności genderowa pewność siebie pani Kowalczyk w zestawieniu z “ogólnoludzką” interpretacją pana Rondudy. Trudno wyciągać daleko idące wnioski po tak krótkich cytatach, ale ich dobór wydaje się znaczący.
Wreszcie jako ciekawy trzeba uznać cykl prac-zabawek. Od “Ciotki Kena” i owłosionej lalki (praca “Możesz ogolić dzidziusia”), poprzez “Eroicę” po “Lego. Obóz koncentracyjny”. Bardzo ciekawa wydała mi się wypowiedź Libery o tej ostatniej pracy:
“Myśl, która doprowadziła mnie do zrobienia tej pracy, dotyczyła samej racjonalności, która jest podstawą systemu klocków lego, a która wydała mi się przerażająca: nie można z tych klocków zbudować nic, na co nie pozwala precyzyjny, racjonalny system”.
Do całości tego pewnego rodzaju cyklu nie przystaje jednak według mnie “Łóżeczko porodowe”. I nie zaliczam go do prac wartych zobaczenia. Może to zbytni radykalizm tej pracy. A może fakt, że o ile pozostałymi zabawkami można się bawić realnie, ta pozostawia całą zabawę w fazie nienamacalnych wyobrażeń o porodzie.
Na tym kończy się dla mnie Zbigniew Libera, a przynajmniej Zbigniew Libera zaprezentowany ostatnio w warszawskiej Zachęcie. Szkoda, bo miałam nieśmiałą nadzieję na coś więcej. Przybyłam, zobaczyłam i zwątpiłam, ale nie beznadziejnie. Liczę na kolejne ciekawe prace Zbigniewa Libery. Nawet jeśli nie wszystkie są i będą udane, to może choć część uderzy w istotne struny. Zresztą, czy są artyści nieomylni?










